Chłopiec ubrany w niebieską koszulę i granatowy sweter, siedzi przy oknie na parapecie z dłońmi zasłaniającymi oczy. Z jego postawa wskazuje, że jest zbuntowany i nie ma ochoty z nikim rozmawiać.

Jestem więc się buntuję

Jest jak trądzik, który każdy dojrzały człowiek przechodził. Mniejszy, większy, ale zawsze dopadał młodociane czoło czy brodę. Bunt. Zjawisko, o którym nie chcą myśleć rozanieleni rodzice cmokając nad kołyską. O którym chcą zapomnieć dorośli, którzy z ulgą, uśmiechem, niedowierzaniem, rozrzewnieniem wspominają w bujanym fotelu.

Bunt młodzieńczy był, jest i będzie i nie ma co z nim walczyć. Oczywiście sprzeciw sprzeciwowi nierówny, ale daleki byłbym od tego by potępiać, osądzać czy temperować buntowników. U każdego dziecka (ładne mi dziecko, 190 wzrostu) przebiega inaczej, tak jak inaczej reagują na niego rodzice. Nie ma reguły, buntownicy w wersji hard mogą się wywodzić z tzw. dobrych domów, znikać na tygodnie z domu, kraść, palić trawkę i rzucać szkołę. Wbrew utartym pozorom, nie jest udziałem „trudnej” młodzieży z marginesu społecznego.  Kiedy nasze dziecko zaczyna się buntować, pierwszym odruchem jest…bunt.

 

Jak to?

Nie chce chodzić do szkoły, pomalował pokój na czarno bez pytania, słucha dziwnej muzyki, której nawet zanucić nie można, nie wraca na czas do domu, nie odbiera telefonów, wywraca oczami, odszczekuje się na każdym kroku, dziwnie się ubiera, nic nie można mu powiedzieć i w ogóle, niech to się już skończy bo oszaleję. Pół biedy, kiedy wiemy, że ta ospa kiedyś minie i nie sprzeciwiamy się  „na ostro”.

 

Co dalej?

W tym czasie trudno dotrzeć do zbuntowanego, miotanego hormonalnym tornadem, dziecka, które samo nie wie co się z nim dzieje. Od śmiechu  przechodzi do rechotu (no, niestety), by zaraz potem płakać, wściekać się o byle co, trzaskać drzwiami i w poczuciu kompletnego niekochania i niezrozumienia smarować na ścianie „ no future” (czy co tam teraz w niemocy dojrzewania się pisze). To jeden z najtrudniejszych etapów w życiu człowieka i jakkolwiek z perspektywy srebrnych tu i ówdzie skroni wydaje się być całkiem miły, to takim nie jest. Młody człowiek przede wszystkim jest zdezorientowany, skołowany i porządnie wystraszony. I nie chodzi już tylko o hormony, pryszcze, czy budzący się erotyzm. Docierają do nich niełatwe prawdy życiowe, wymagania świata i „cały ten zgiełk”. Nagle dociera do nich istnienie śmierci i cały bezsens istnienia wobec niej.

 

Tylko spokojnie

Bunt jest w porządku i paradoksalnie dobrze świadczy o buntowniku, o jego inteligencji, ciekawości świata, zmyśle obserwacji, rozwoju itp. Nawet w skrajnych przejawach buntu można i trzeba nieszczęśnikowi pomóc. Czasem wystarczy łagodne przekierowanie, obserwacja i otarcie łez. Innym razem kroki bardziej radykalne i pomoc specjalisty. Ale zawsze, zawsze zapewnijmy nasze dzieci o miłości i o tym, że jesteśmy po ich stronie.

 

Jacek Pawłowski – psycholog