Bo my chcemy się dobrze bawić. Eksperymentowanie nastolatków z narkotykami.

W obecnym świecie dostępność środków psychoaktywnych jest ogromne. Na rynek wprowadzane są co chwile nowe jakże niebezpieczne substancje. Młodzież niestety nie jest świadoma jak niebezpieczne skutki może nieść za sobą spożycie takiego narkotyku. Chcą eksperymentować, próbować, najczęściej w grupie. Wtedy ta odpowiedzialność w ich głowach rozkłada się na całą grupę. Bo przecież skoro kolega bierze to co może mi się stać?  Nasuwa się więc pytanie po co młodzi ludzie sięgają po narkotyki? A no właśnie po to by poczuć się lepiej, czasem zapomnieć o troskach no i przede wszystkim by dobrze się bawić. Niestety taka złudna potrzeba dobrej zabawy może skończyć się tragicznie.

 

Zażywanie narkotyków może doprowadzić do śmierci

Niedawno usłyszałam o chłopaku, który zmarł nagle w domu, grał akurat w grę na kompie. Wszyscy jego znajomi byli zdruzgotani, bo przecież nikt nie cieszy się z czyjejś śmierci. Okazało się, że zażył narkotyki, w których głównym składnikiem była trutka na szczury. Dzisiaj narkotyki są mieszaniną różnych substancji np. ACE, Domestos, szkła czy jak się okazuje trucizny na szczury.

 

Dbaj o siebie – nie bierz

Więc czy warto narażać swoje zdrowie i życie dla obiecanej przez dealerów ekstazy, chwili pozornego szczęścia! Młodzi ludzie przebodźcowani tak bardzo, chociażby elektroniką, szukają doznań, ekscytacji, ale czy te odczucia mogą uzyskać tylko przez zażycie jakiejś substancji, która często prowadzi do uzależnienia się i staje się zmorą życia.

 

Możesz dobrze się bawić bez “wspomagaczy

Przecież jest wiele ekscytujących rzeczy, które mogą robić by czuć się spełnieni i szczęśliwi. Jeśli odczuwasz presje grupy żeby zażyć jakiś środek, pamiętaj, że to ty decydujesz o swoim życiu i zdrowiu. Pamiętaj, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Nie podejmuj pochopnych decyzji.

 

Nie musisz radzić sobie sam

Jest wiele instytucji pomocowych, w których znajdziesz wsparcie, powiedz komuś o swoich wątpliwościach, zapytaj, porozmawiaj. Formy pomocy są różne, począwszy od rodziców, pedagoga w szkole lub poprzez kontakt ze specjalistą telefoniczny albo online.

 

Formy pomocy:

  • 116 111 Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

  • jeśli Ty lub osoba z Twojego otoczenia macie podobny problem, skontaktuj się ze stowarzyszeniem pisząc na adres pomoc@monar.org

  • www.specline.pl platform bezpłatnych usług specjalistycznych.

 

Katarzyna Strojek – specjalista psychoterapii uzależnień

Co jest ze mną nie tak? Czyli jaki wpływ na dzieci mają social media.

W obecnym świecie często słyszymy to pytanie: Co jest ze mną nie tak?  Dorośli starają się patrzeć na świat realnie i często łatwiej jest im sobie z tym pytaniem poradzić. A co z dziećmi?

Wszechobecne informacje i fotografie znanych osób tzw. influencerów mogą być źródłem inspiracji jak i niebezpieczeństwem. Pewnie każdy słyszał wypowiadane przez młode osoby słowa you tuber i Tiktoker, wiele z dzieciaków chciałoby być takimi jak oni. Od razu nasuwa się refleksja, że sieć, w której dzieci spędzają większość czasu staje się dla nich autorytetem do naśladowania.

 

Filtry zaburzają pewność siebie

Pewna nastolatka powiedziała kiedyś, że jej życie jest do bani. Widząc te wszystkie piękne, upiększone, wyrzeźbione i luksusowo ubrane osoby na instagramie. Czuła się gorsza, brzydsza, biedna no i za gruba. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak media społecznościowe mogą zrobić “bałagan” w głowie. Chęć zaistnienia bycia sławnym i zdobycia jak najwięcej  like’ów i obserwujących jest tak silna, że aż niebezpieczna. Biorąc pod uwagę zagrożenia jakie niesie niewłaściwe korzystanie z sieci, można szybko stać się ofiarą wielu “skutków ubocznych”.

 

Zaburzenia odżywiania

Zastanawiając się jak bardzo social media mają się do zaburzeń odżywiania, okazuje się że bardzo wiele. Chęć dopasowania się do swych idoli, często korzystających z retuszu i wielu filtrów, staje się obsesją. Dzieci przestają jeść, bo myślą że są za grube, choć są jeszcze dziećmi.

Istnieje zaburzenie zwane ortoreksja, czyli przesadne dbanie o zdrowe odżywianie, albo bigoreksja, czyli obsesja na punkcie muskulatury. Takich zaburzeń jest wiele. Więc skąd się biorą? Jest wiele czynników, a jednym z nich jest chęć dopasowania siebie do innych, w tym przypadku osób z social mediów.

 

Relacje online

Większość rozmów pomiędzy nastolatkami odbywa się poprzez komuniukatory internetowe. Z jednej strony jest to bardzo przydatna forma, a z drugiej może stanowić źródło kolejnych zagrożeń. Bardzo często młodzież nawiązuje relacje poprzez internet, nie wiedząc kto jest po drugiej stronie. Z raportu NASK “NASTOLATKI 3.0.” wynika, że 14,1% nastolatków spotkało się z osobą dorosłą poznaną w sieci, nie informując o tym nikogo, a 8,3% deklaruje, że otrzymało nagie zdjęcie. ( https://thinkstat.pl/publikacje/nastolatki-3-0-raport-z-ogolnopolskiego-badania-uczniow-2021-r).

 

Jak mądrze korzystać z sieci?

Wykorzystuj komputer do szukania informacji, pomocy przy odrabianiu lekcji, pogłębiania zainteresowań, oglądania wartościowych filmów, rozmów z przyjaciółmi czy chociażby tworzenia i udostępniania własnej twórczości.

Pamiętaj, że oprócz opisanych wcześniej zagrożeń czyha na ciebie wiele innych niebezpieczeństw. Dlatego rozmawiajmy, doceniajmy i uczmy się tego co w życiu jest ważne. Świat daje wiele możliwości do tego by spędzać czas w inny sposób niż tylko w sieci.

Nie bój się prosić o pomoc, nie musisz zostawać z tym sam. Jest wiele instytucji, które niosą pomoc dzieciom i młodzieży.

 

Formy pomocy

  • www.dyzurnet@dyzurnet.pl lub 801 615 005

  • 800 12 12 12 dziecięcy telefon zaufania Rzecznika Praw Dziecka

  • 116 111 telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

  • www.specline.pl platform bezpłatnych usług specjalistycznych

 

Katarzyna Strojek –specjalista psychoterapii uzależnień

Co się ze mną dzieje? Trudne pytania niepełnosprawnych nastolatków.

Kiedy minie pierwszy szok i odpłynie fala niezgody na chorobę dziecka, przychodzi czas na normalne życie. I niecodzienną codzienność. W przypadku autyzmu rodzice dowiadują się po kliku latach, w przypadku zespołu Downa wiadomo od razu. Zawsze jest wyzwaniem i wiąże się z przewartościowaniem i innym spojrzeniem na macierzyństwo. Trzeba zrewidować plany, pożegnać się z myślą o wnukach, przejęciu praktyki lekarskiej czy kancelarii, świetlanej przyszłości na niwie naukowej, sportowej. Oswojenie myśli o chorym dziecku przychodzi szybciej niż nauka tolerancji najbliższego otoczenia. Bezwarunkowa miłość motywuje do działania – terapie, szkoły, szkolenia, rehabilitacja, grupy wsparcia. Metody alternatywne, zioła, hipnoza, szukanie metod na całym świecie. Dyskusje, duma, zniecierpliwienie, żal, pytania i znowu walka. O słowa, pamięć, naukę, uwagę, wiązanie butów. Strach miesza się z nadzieją, że będzie lepiej albo, że się nie pogorszy. I znów, i znów. I nie wiadomo kiedy, żeby pocałować naszego malucha w czoło trzeba wspiąć się na palce. Wąsy z mleka osadzają na prawdziwych, na gładkich policzkach sypią się krostki, a „trudne dni” nie są już udziałem tylko mamy.

 

Po co mi  te wąsy?

Dojrzewanie nigdy nie było łatwym czasem ani dla rodziców ani dla nastolatków, w przypadku dzieci niepełnosprawnych sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Niektórzy rodzice, opiekunowie nie przyjmują do wiadomości, że choroba nie zatrzymuje dojrzewania, nie niweluje związanych z nim hormonalnych zawirowań i potrzeb seksualnych. Nikogo raczej nie dziwi zainteresowanie płciowością, seksem i „tymi sprawami” nastolatków. Kiedy takie samo zachowanie wykazują  osoby z zespołem Downa czy autyzmem pojawia się panika, ignorowanie problemu, odwracanie uwagi czyli ucieczka.

W każdym przypadku przebiega to inaczej i w różnym stopniu natężenia. Zależy ono od stopnia niepełnosprawności, postępów w terapii, poziomu zaawansowania choroby, podejścia rodziców i opiekunów. Obojętnie czy nasze dziecko chodzi do szkoły czy nie, to nie można zrzucać  trudnej i delikatnej sztuki uświadamiania na nauczycieli. Bo czy tego chcemy czy nie rozmowa o rosnących piersiach, miesiączce, sypiącym się wąsie,  podnieceniu i seksie nie powinna nas ominąć. Im szybciej i delikatniej to zrobimy tym łatwiej będzie przez to przejść.

Jeżeli zaczniemy tłumaczyć co i dlaczego się zmienia w ciele i zachowaniu naszych dzieci nie będą zdezorientowane i narażone na kpiny. Nie będą też łatwym celem rówieśników i starszych osób, które mogą wykorzystać ufność, niewiedzę i naiwność. Nastolatki z autyzmem, z zespołem Downa, Aspergera i innym schorzeniem muszą wiedzieć na czym polega intymność. Jak powinna przebiegać randka, że nie muszą się zgadzać na dotykanie i pieszczoty, że same też nie mogą wymuszać tego na drugiej osobie. Niech wszystkiego dowiedzą się od nas, nie od wulgarnych kolegów, z pornograficznych stron www czy prostackich dowcipów.

 

Rozmowa – nie Internet

Pozostawienie dzieciom czerpania wiedzy tylko z sieci jest jak zaoczny kurs chirurgii. Potrzebna jest rozmowa, wyjaśnianie, utrwalanie i reagowanie na bieżąco. Kiedy zauważymy, że ręce już nie leżą spokojnie na kołdrze, a ukochany miś ląduje pod łóżkiem po prostu porozmawiajmy. Rodzicom trudno jest zgodzić się z dorastaniem, ale wiązanie kokardek i piżamek w samochody nie pomoże utrzymać dzieci w dziecięcej bańce.

Szczera, spokojna rozmowa pomoże dzieciom nie tylko zrozumienie tego co się z nimi dzieje, ale uchroni je przed błędami, pozwoli uniknąć ryzykownych sytuacji. Kiedy zrozumieją, że w dorastaniu nie ma nic złego, że wcale nie są „jakieś dziwne”, będą bardziej pewne siebie a ich poczucie wartości wzrośnie.

Zdarza się, że u nastolatków z autyzmem zdezorientowanie związane z dorastaniem i budzeniem się seksualności oznacza pogłębienie autyzmu czy agresję. Bywa, że te z zespołem Downa przez ciekawość i otwartość postrzegane jest jak zboczeniec.

Każde dziecko potrzebuje wsparcia, zrozumienia. Czasem nawet dodatkowej terapii skierowanej właśnie na problemy dojrzewania. Z dorastania się wyrasta, autyzm, zespół Downa, Aspergera zostaje, ale pomóżmy naszym dzieciom zmierzyć się z tym niełatwym czasem, żeby razem z pryszczami przeszły też niepokoje, wstyd i kompleksy.

 

Jacek Pawłowski- psycholog

Fikasz? Klikam i znikasz – gdy komputer jest najważniejszy

Witam,

Jestem ojcem dwójki dzieci, córka ma dziesięć lat, syn trzynaście. Stanowimy dobrą, kochającą się rodzinę. Nie ma kłótni, alkoholu, przemocy. Z żoną staramy się aby naszym dzieciom nie brakowało niczego, żeby nie odstawały od rówieśników i były szczęśliwie. I tak właściwie było. Patryk i Natalia mimo różnicy wieku dobrze się dogadywali, pomagali w domu (oczywiście niechętnie i nie natychmiast, cudów nie ma). Mieliśmy wszyscy dobry kontakt. Jednak od kilku miesięcy zauważyłem, że syn zmienił się. Stał się opryskliwy, wulgarny, wystraszony, małomówny i zamknięty w sobie. Godzinami siedzi przed komputerem, nie rozstaje się ze smartfonem. Na zwróconą uwagę żeby przerwał grę reaguje agresją. Trudno oderwać go monitora, nawet ulubione potrawy nie zawsze wyciągają go z pokoju. Mówi jakimś dziwnym językiem, jest nieobecny i obcy.  Odciąłem go od Internetu, ale jakoś poradził sobie z tym i dalej był w sieci. Poza tym zdaję sobie sprawę, że Internet jest potrzebny do nauki i odrabiania lekcji. Przyznam się, że trochę się z żoną pogubiliśmy. Bardzo się boję co dalej z nim będzie, obawiam się, że syn mógł się uzależnić od sieci i gier. Gdzie popełniliśmy błąd i czy Patrykowi można pomóc? A może to tylko bunt nastolatka?
Zbigniew

 

Tego typu zapytania otrzymuję w ramach pracy zawodowej. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. Imiona wskazane w liście są fikcyjne. 

 

Niestety wszystkie opisane oznaki świadczą o tym, że syn jest uzależniony od gier i komputera. Owszem, może się na to nałożyć typowy dla wieku bunt dorastania, ale główną przyczyną zachowań jest komputer. Wynalazek cenny, przydatny i niebezpieczny jednocześnie. Dotyka coraz większą liczbę osób dorosłych, młodzieży i dzieci. Proces uzależnienia następuje niepostrzeżenie i w większości przypadków szybko. Zaczyna się od gier w listki i cukierki, kucyki i syrenki, w telefonach i tabletach rodziców, które dzieci dostają żeby „się czymś zajęły”. Potem przychodzi czas na własny komputer, profil na portalu społecznościowym, kilka tożsamości w sieci, agresja, anonimowość. Odreagowywanie niepowodzeń szkolnych i domowych w odrealnionych grach. Tam poniewierane w klasie chucherko staje się niepokonanym bohaterem, poniżany nieudacznik zwycięzcą, klasowy przywódcy i dręczyciel przywódcą nieustraszonej bandy.

 

Lepiej, szybciej, mocniej

Wirtualny świat każdego przyjmie z otwartymi ramionami. I nie wypuści. Jest jak alkohol i dopalacze – chwile kołyszącej euforii i ruina psychiki oraz ciała. Przesiadujący coraz dłużej przed ekranami i ekranikami zatracają się i znikają z realnego życia, które już ich nie dotyczy. Przestają zwracać uwagę na otoczenie, liczy się życie od enter. To prawdziwe, w którym się rozmawia, uczy, je, śpi, rozwiązuje problemy, spaceruje, gra w piłkę, odwiedza dziadków, wychodzi z psem, głaszcze kota, karmi chomika jest nudne, irytujące i niepotrzebne. Real przegrywa z krzemem. Dzieci wciągniętych w drugi świat urzekają kolory, możliwości i wszechwładza. Bohaterowie gier w które się wcielają, wrogowie, z którymi grają, domy i społeczności, które tworzą skutecznie izolują je od życia. Kilka. Kilkanaście godzin dziennie spędzanych w sieci rujnują postrzeganie świata realnego, demolują uczucia i odczucia rzeczywistości.

Rodzicom trudno zauważyć kiedy korzystanie z komputera i Internetu przechodzi w uzależnienie. Przecież tak doskonale orientuje się w necie, zna wszystkie nowinki, potrafi wszystko znaleźć, zdobywa tyle informacji, myszka nie ma dla niego tajemnic, bez kompleksów, poszerza swoje horyzonty. Za moich czasów wszystko trzeba było przepisywać z encyklopedii z półki rodziców – myślą zadowoleni, serfując w laptopie na kolanach. Myślenie, że póki siedzi w domu i nigdzie się nie włóczy jest powszechne i zdradliwe. To jak z siedzeniem na słońcu, długie i bez kremu z filtrem, szkodzi. Dlaczego więc zostawiać dzieci sam na sam na długie godziny?

 

Escepe czyli koniec świata

Zalogowani do swojego świata zazdrośnie pilnują kodu dostępu. Nie chcą rozmawiać na żadne tematy z lamusami z realu. Nie panują nad czasem spędzanym w sieci, pół godziny na sprawdzenie poczty i pisanie maili zmienia się z dwie godziny, kwadrans na ściągnięcie lektury w całą noc. Na nic zdają się przysięgi i obietnice, że już nigdy więcej, że tylko na minutkę itd.  Do tragedii urasta awaria sieci czy uszkodzenie sprzętu. Bezradność i panikę wywołuje brak dostępu. Zakazy i odcięcie wrogość, agresję a nawet próby samobójcze.

Każdy z sygnałów jest ważny, na każdy trzeba reagować i zawsze można pomóc.

Jacek Pawłowski- psycholog

Sznyty wieloryba

W latach 2017 – 2018  do Polski dotarło arcyniebezpieczne zjawisko nazywane grą Niebieski Wieloryb. Jej ofiarami były dzieci, przed którymi „opiekun” , manipulator, stawiał kolejne zadania. Do wykonania było ich 50, od okaleczania się, przez m.in. nakaz milczenia czy siadanie na skraju dachu, po dokonanie samobójstwa. Taki miał być finał. Również w naszym województwie odnotowano ofiary okaleczeń.

Gry tego typu krążą po sieci do dnia dzisiejszego. Zabawy ocierające się o śmierć lub prowadzące do utraty życia pojawiają się w coraz to innych platformach, dostępnych dla najmłodszych.

 

Policja bije na alarm, apeluje o obserwowanie zachowania dzieci

Obecnie głośno jest o “Blackout challenge”. To znane z TikToka wyzwanie, polegające na przyduszaniu się do utraty przytomności. W wyniku tego wyzwania zmarło co najmniej siedmioro dzieci, z czego najmłodsze miało osiem lat. Pomimo, że TikTok jest oficjalnie dostępny od 13 roku życia, nie ma przeszkód aby młodsze dzieci z niego korzystały.  Za dobór materiałów dla użytkowników odpowiada algorytm, którego celem jest utrzymanie widza przy ekranie. Rodzicie części ofiar pozwali TikTok za promowanie niebezpiecznych treści.

Jaki chory umysł może wymyślać takie potworne „gry”? Dziecko? Osoba dorosła?

Nie będąc profilerem mogę tylko przypuszczać, że „opiekunem” jest osoba dorosła. Ewidentnie zaburzona, która mogła doznać krzywdy ze strony dorosłych i rówieśników. Samotnik i outsaider, kłaniający się sąsiadom i wysypujący okruchy wróblom. Niepozorny i skupiony. Inteligentny i pomysłowy. Bez litości i współczucia, które jest mu obce. Dywagacje można mnożyć i budować obraz kogoś z pogranicza psychopatycznych horrorów takich jak „Piła” czy „Hostel”. Tylko, że to ktoś prawdziwy. Nie czarna wołga wymysłem zbiorowej wyobraźni z dawnych lat. Przypuszczam, że ofiar takich gier będzie przybywać.

Wielorybem czy  Blackout challenge interesują się już ośmio, dziewięciolatki! Pytają o bezdech, śmierć, rany, krew. Przerażeni rodzice kierują rozmowę na inne tory i myślą, że w ten sposób uchronią maluchy. A rozmawiać trzeba. Wyjaśniać, obserwować, słuchać i samemu pytać.

Mam mieszane uczucia co do ogłaszania faktu o każdej ofierze. Sprawca będzie utwierdzany w przekonaniu o swojej skuteczności i sławie. Chociaż o sławę chyba najmniej tu chodzi. Owszem, trzeba organizować spotkania z młodzieżą i rodzicami, ale nagłaśniać zjawiska w spektakularny sposób… Niektórym rodzicom przyda się wykalibrować czujność. Nastolatki, wbrew deklaracjom o samodzielności, dorosłości, potrzebują uwagi.

 

Dlaczego młodzież „wchodzi” w takie gry? Co je w nich pociąga?

Tajemniczość, nimb niesamowitości, poczucie misji, przynależności do elitarnej grupy wybrańców, poczucie wyjątkowości, sprawdzenia się. Bycie „kogoś”. Sama nazwa „opiekun” dzieciom, nastolatkom kojarzy się dobrze. Nie jak ci okropni rodzice, którzy nic nie rozumieją. Chcą tylko piątek i żeby zjadać śniadanie. Skoro opiekun to na pewno chce dla nich dobrze. Nagroda będzie na końcu, boli, ale warto. Za ikonkę przychylności zniosą ból i pewnie zadadzą go innym. Pochwała i przechodzenie kolejnych stopni wtajemniczenia stają się najważniejszym celem. Strach przed wyjściem na mięczaka i dzieciaka, obawa przed blamażem i upokorzeniem. Nie wiadomo jakie piekło może zgotować nieposłusznemu graczowi. Ktoś z tamtej strony telefonu mistrzowsko opanował techniki manipulacyjne. A tym bardzo trudno się przeciwstawić, nawet dorosłym, a co dopiero nastolatkom, które są podatne na wpływy, jak gąbka na wodę. Nie można też wymagać od dzieci żeby były mądre, uważne, ostrożne jak my.

 

Bycie czujnym i co jeszcze?

Jako dorośli możemy im mówić o niebezpieczeństwie od pierwszego kliknięcia i naszej miłości do nich. Bez względu na okoliczności i moment konfliktu, w jakim akurat jesteśmy. Niech on ma nawet las jedynek i nieobecności, niech się skarżą na niego sąsiedzi i nauczyciele itd. Ale niech wie, że ma nas i że wspólnie wszystkiemu zaradzimy, zażegnamy i pomożemy. Nie panikujmy i nie krzyczmy. I niech nie padnie okrutne „rób jak chcesz”, „żebyś potem nie żałował”. Niemal każdy rodzic ma na koncie przynajmniej jedno takie zdanie bezsilności.

 

Jakie dzieci są najbardziej narażone na to, ze dadzą się wciągnąć, ulegną manipulacji?

Prawie wszystkie, ale bardziej te nadwrażliwe, wycofane i niezrozumiałe. Wyautowane poza klasę i rodzinę. Tak, poza rodziną też można być, nawet gdy się śpi we własnym pokoju. Dzieci, nastolatki mają proporcjonalnie takie same problemy jak dorośli, może nawet większe. To tylko z perspektywy dorosłych dzieciństwo i dorastanie jawi się jako pasmo beztroski z gołym pępkiem i klasowymi wycieczkami. A młodzieńczość to jeden z najgorszych okresów człowieka.

Z fundacją prowadzimy warsztaty i wykłady dla młodzieży. Jak sobie radzić ze stresem, samotnością i osamotnieniem, przemocą, agresją, autoagresją, kompleksami, niską samooceną, smutkiem, lękami, brakiem chęci do działania i życia. A to tylko część kłopotów, które nęka młodych ludzi. Dotychczas na zajęciach wspólnie dociekaliśmy źródeł problemów, nazywaliśmy je i próbowaliśmy szukać rozwiązań lub pomocy. W jednej takiej dyskusji młodzież (ósma klasa) stwierdziła przerażającą rzeczy, że „teraz, proszę pana, jest moda na depresję”(!). Osoba smutna, zgnębiona i beznadziejnie szara jest na topie. Wszyscy zwracają na nią uwagę, przejmują się i licytują kto ma gorzej. Podejrzani są ci uśmiechnięci i bez kłopotów. Takie czasy. Samookaleczeń nie wymyślił niebieski wieloryb.

Nastolatkowie zadają sobie ból żeby złagodzić niewyobrażalne napięcie, strach i niepewność. Pijany agresywny ojciec, chłodna matka, wymagania ponad siły, mobbing w klasie, odrzucone uczucie, samotność, uzależnienie od trawki, amfetaminy, alkoholu. Dorosłego by powaliło. Więc, w sytuacji kiedy już pocięty trafia na grę od razu wskakuje na wyższy level. Kiedy dopiero zaczyna widzi w tym dobre wyjście na uporanie się z nierozwiązywalnymi problemami. Nierozwiązywalnymi, bo ukrytymi. Przed rodzicami, rówieśnikami i całym światem. Dzieciaki z kłopotami to zawsze dobry i łatwy cel.

 

Czy informacja „nie mam zamiaru się ciąć, to głupota” powinna  uspokoić?

Po trosze tak, ale nie do końca. To niestety ruletka. Ile razy rodzice słyszeli zapewnienia, że ani jednego buszka, ani kuleczki z dopalaczem, ani łyczka, ani, ani. Potem zwyciężała ciekawość, dostosowanie się do grupy, niefrasobliwość i młodzieńczość. A z resztą dorośli też bywają jak żaby co się zarzekają błota. Ale to bardzo dobrze, że i dorośli, i dzieci, i nauczyciele wiedzą o co chodzi. Łatwiej o ostrzeżenia i ochronę. Powstało nawet coś na kształt kontrwieloryba – Różowa Panda. Zorganizowała ją grupa nastolatek. Panda „żąda” zupełnie innych czynności, stawia zadania, które wymagają uwagi, czasu i dobroci. „Zjedz coś pysznego”, „uśmiechaj się przez cały dzień”, „narysuj różowe serduszka na dłoni”, „pomóż komuś” itd. Ta gra też ma „opiekuna” i podopiecznych. Jest coraz bardziej popularna, przyłączają się do niej nie zważając na kolor, chłopaki.

 

Jak rozmawiać o takim zagrożeniu z dziećmi?

To zadanie dla tych dorosłych, starszych, którzy mają dobry kontakt z młodzieżą. Gdybym powiedział, że dla każdego dorosłego, to nikt by się nie przejął i myślał, że ktoś to zrobi za nich. Trzeba o tym mówić, ale też bez przesady i nadgorliwości. Bo wtedy możemy uzyskać zupełnie odwrotny efekt. Wiadomo, zakazany owoc jest kuszący.

Musimy pamiętać, że właściwie już dziesięciolatek wchodzi w wiek buntu. Kiedy dziecko  dochodzi do wniosku, że wie lepiej nikt nie będzie mu mówił co może a co nie. Ale kiedy odstąpienie od zalogowania się w samodestrukcyjnej grze zasugeruje mu starsze rodzeństwo, fajny wujek czy nowoczesna babcia może zadziałać. Wszystkie metody są dobre, byle subtelne i nie policyjne. I znowu, będę powtarzał do znudzenia: mówmy dzieciom o naszej miłości, uwadze. Rozmawiajmy, mówienie to za mało.

 

Jak daleko można się posunąć w kontroli?

Przeglądać telefon? Obserwować facebooka?

Obserwacja facebooka, instagrama, TikToka tak. Jednak powstrzymajmy się od komentowania wpisów, choćby nie wiadomo jak nas wkurzało (a będzie). Co z korespondencją? Jestem trochę rozdarty między tajemnicą korespondencji, prywatnością i prawem do intymności a bezpieczeństwem. Przegląd telefonu bez zgody właściciela to wyraźny sygnał braku zaufania i ewidentne łamanie prawa do intymności. . Wiadomości mogą być  wysyłane i kasowane na bieżąco. W telefonie może nie być śladu. W przeciwieństwie do tych na ciele i w zachowaniu dziecka. Długie rękawy, unikanie bokserek do spania i kusych koszulek na ramiączkach. Golfy, szaliki, chusty. Unikanie basenu, lekcji w-f i innych sytuacji, w których trzeba odkryć jakikolwiek fragment ciała.

Kiedy coś wzbudzi nasz niepokój podejdźmy spokojnie i zwyczajnie spytajmy. Czasem naprawdę to wystarczy żeby potem dziecku pomóc. A kiedy nie czujemy się na siłach zwróćmy się do psychologa. Wierzę, że nie taki wieloryb straszny.

 

Jacek Pawłowski- psycholog

Jestem więc się buntuję

Jest jak trądzik, który każdy dojrzały człowiek przechodził. Mniejszy, większy, ale zawsze dopadał młodociane czoło czy brodę. Bunt. Zjawisko, o którym nie chcą myśleć rozanieleni rodzice cmokając nad kołyską. O którym chcą zapomnieć dorośli, którzy z ulgą, uśmiechem, niedowierzaniem, rozrzewnieniem wspominają w bujanym fotelu.

Bunt młodzieńczy był, jest i będzie i nie ma co z nim walczyć. Oczywiście sprzeciw sprzeciwowi nierówny, ale daleki byłbym od tego by potępiać, osądzać czy temperować buntowników. U każdego dziecka (ładne mi dziecko, 190 wzrostu) przebiega inaczej, tak jak inaczej reagują na niego rodzice. Nie ma reguły, buntownicy w wersji hard mogą się wywodzić z tzw. dobrych domów, znikać na tygodnie z domu, kraść, palić trawkę i rzucać szkołę. Wbrew utartym pozorom, nie jest udziałem „trudnej” młodzieży z marginesu społecznego.  Kiedy nasze dziecko zaczyna się buntować, pierwszym odruchem jest…bunt.

 

Jak to?

Nie chce chodzić do szkoły, pomalował pokój na czarno bez pytania, słucha dziwnej muzyki, której nawet zanucić nie można, nie wraca na czas do domu, nie odbiera telefonów, wywraca oczami, odszczekuje się na każdym kroku, dziwnie się ubiera, nic nie można mu powiedzieć i w ogóle, niech to się już skończy bo oszaleję. Pół biedy, kiedy wiemy, że ta ospa kiedyś minie i nie sprzeciwiamy się  „na ostro”.

 

Co dalej?

W tym czasie trudno dotrzeć do zbuntowanego, miotanego hormonalnym tornadem, dziecka, które samo nie wie co się z nim dzieje. Od śmiechu  przechodzi do rechotu (no, niestety), by zaraz potem płakać, wściekać się o byle co, trzaskać drzwiami i w poczuciu kompletnego niekochania i niezrozumienia smarować na ścianie „ no future” (czy co tam teraz w niemocy dojrzewania się pisze). To jeden z najtrudniejszych etapów w życiu człowieka i jakkolwiek z perspektywy srebrnych tu i ówdzie skroni wydaje się być całkiem miły, to takim nie jest. Młody człowiek przede wszystkim jest zdezorientowany, skołowany i porządnie wystraszony. I nie chodzi już tylko o hormony, pryszcze, czy budzący się erotyzm. Docierają do nich niełatwe prawdy życiowe, wymagania świata i „cały ten zgiełk”. Nagle dociera do nich istnienie śmierci i cały bezsens istnienia wobec niej.

 

Tylko spokojnie

Bunt jest w porządku i paradoksalnie dobrze świadczy o buntowniku, o jego inteligencji, ciekawości świata, zmyśle obserwacji, rozwoju itp. Nawet w skrajnych przejawach buntu można i trzeba nieszczęśnikowi pomóc. Czasem wystarczy łagodne przekierowanie, obserwacja i otarcie łez. Innym razem kroki bardziej radykalne i pomoc specjalisty. Ale zawsze, zawsze zapewnijmy nasze dzieci o miłości i o tym, że jesteśmy po ich stronie.

 

Jacek Pawłowski – psycholog

W pałacu bez łez 

Dzieci to mają teraz klawe życie, twierdzą rodzice, a nawet starsza młodzież. Zabawki na kilogramy, słodycze bez ograniczeń, bajki na własnych tabletach do zaśnięcia. Robią co chcą, niczego nie muszą. Nawet uważać na kałuże, bo kalosze w krokodylki uchronią, poza tym tak rozkosznie komponują się z parasolką mamy. Nie muszą gryźć skórek od chleba, jeść rosołu z farfoclami, zmagać się z pestkami winogron i dbać o królika, który jakoś tak zdecydował się wybrać życie w lesie i się wyprowadził.

Nie to co my – starzy. Za naszych czasów to i błota człowiek pojadł, i chleba z czarną skórą, i zakalca gorącego mlekiem zimnym popił, i psa wyprowadzał w deszcz i śnieg bladym świtem. A pierwszego listopada na cmentarzu maczał palce w zniczach robił woskowe czapeczki i słuchał wspomnień o zmarłych. Chodził odwiedzić babcię w szpitalu i wypijał jej cienki kompot.

 

Mamusia nie płacze

Teraz większość dorosłych wychodzi z założenia, że dzieci nie powinny widzieć cierpienia, chodzić do szpitala, na pogrzeby i być wtajemniczanym w sprawy dorosłych. Dzieciństwo ma się jawić jako filmowo-słodko-miękkie pasmo sukcesów i uśmiechów. Jak słoiczek Gerbera, zbalansowane i gotowe do spożycia plastikową, bezpieczną łyżeczką. Dzieciom nie mówi się o chorobie dziadka, gorszym dniu w pracy, smutku jaki dopada rodzica. Nie mają pojęcia, że może brakować pieniędzy, że szef jest niesprawiedliwy, że można się czymś dzielić.

Upadek z roweru jest bolesny, niedotrzymywanie słowa wiąże się z konsekwencjami, krzykiem nic się nie załatwi i parę innych oczywistości. Nie namawiam, żeby dziecko traktować jak dorosłego i mówić mu wszystko ze szczegółami. Namawiam, by traktować je po partnersku, oczywiście stosownie do wieku i tak samo dawkować szczerość i sposoby przekazywania wiedzy o świecie. Kilkuletnie dzieci doskonale wyczuwają nastroje i atmosferę panującą w domu.

Wydaje się nam, że zapatrzone w tablety, malowanki i klocki nic nie widzą i nie słyszą. Nie zwracają uwagi na kłótnie rodziców, nie dostrzegają łez w oczach mamy, wierzą w uśmiech taty, którego oczy są nieobecne. Wydaje się nam, że wierzą w nasze zapewnienia, że wszystko jest dobrze.

Owszem, uśmiechają się i wracają do swoich spraw, ale w zaciszu pokoju konsultują sytuację z rodzeństwem albo misiem. Na swój sposób próbują znaleźć rozwiązanie i pomóc rodzicom. Zbywane i okłamywane tłumaczą sobie często opatrznie i błędnie miny oraz słowa dorosłych. W każdym z nas tkwi przynajmniej jedno wspomnienie takiej sytuacji. Kiedy dziecko usłyszy „jestem załamany” to będzie przekonane, że tato jest połamany w środku i pewnie umrze, kiedy mama zapewnia, że „jak tak dalej pójdzie to sobie w łeb strzelę” to chowa nawet karabin na wodę i jest pewien, że zaraz zostanie sierotą.

 

Babcia wyjechała

Dzieci często myślą o śmierci i boją się, że zostaną same. Kiedy kolejny tydzień ukochana babcia, dziadek, ciocia nie przychodzi zaczynają pytać. Dorośli w błędnym przekonaniu o ochronie dziecka nie mówią prawdy, że bliski zmarł. Liczą, że zapomni i będzie dobrze. Otóż nie będzie. Oszukany pięcio, sześcioletni maluch czuje się porzucony i zdradzony.

Pozwólmy dzieciom na prawdę, na przeżycie żałoby, na pożegnanie. Powinny też widzieć, że ktoś z bliskich zmaga się z chorobą, że ma problemy i że nie wszystko kręci się wokół nich.

Dopuszczenie dziecka do naszych kłopotów nie wpędzi go w traumę czy w poczucie winy. Przeciwnie, pozwoli mu poczuć się ważnym i pomocnym. Dzięki takiemu treningowi stanie się odpowiedzialnym, zaradnym i mądrym życiowo człowiekiem.

Rodzice rozkładając nad maluchem emocjonalny parasol krzywdzą je. Zamykając w puchowym pałacu z uśmiechów i szczęśliwości szykują im bolesne zderzenie z rzeczywistością. Kiedy idą do szkoły czy przedszkola okazuje się, że istnieje świat pozadomowy i nie jest on taki przyjazny. Przekonują się, że jest krzyk, kalectwo, bieda, złośliwość, ból, strata i obowiązki. Że trzeba zwracać uwagę na drugiego człowieka i że dorośli też mogą płakać czy krzywdzić. Że niektórzy ludzie chodzą albo nie chodzą do kościoła, że wierzą lub nie wierzą w Boga.

 

A dlaczego?

Dzieci są mądre i mają ogromną ciekawość świata. Są bystrymi obserwatorami i ufają nam bezgranicznie. Nie pytają się o seks, śmierć, bezrobocie, operacje lub wojny żeby nam dokuczyć odwiecznym „a dlaczego?”. Doceniajmy dociekliwość naszych dzieci i cieszmy się, że chcą nas pytać. Kłopot zacznie się gdy zamilkną. Wprowadzajmy je w świat delikatnie, ale bez kłamania. Zdajmy się na naszą miłość i intuicję, która nam podpowie kiedy można odpowiedzieć „tak, synku dziadek umarł”,  a kiedy „dziadek mieszka teraz niebie”.

Jasne, że chcielibyśmy aby nasze dzieci jak najdłużej wypatrywały świętego Mikołaja czy wiły gniazdko zajączkowi żeby miał gdzie zostawić łakocie, ale dzieci dorastają i z tym musimy się zmierzyć. Nie pozwólmy, aby o trudnych, smutnych rzeczach dowiadywały się od obcych albo na własnym przykładzie w bolesnym zderzeniu z życiem.

Dzieci doświadczające od małego choroby, cierpienia, odmienności są nad wiek dojrzałe, poważne, ale przy okazji pogodne i mądre. W ten specyficzny, przenikający sposób, kiedy wiedzą co im jest, jakie są rokowania radzą sobie lepiej od dorosłych.

Unikanie trudnych tematów nie sprawi, że przestaną one nękać dzieci. Dalej będą pytać dlaczego tatuś już z nami nie mieszka, dlaczego mamusia gniewa się na babcię, co to jest rozwód, czy nasz pies kiedyś umrze itd. Dzieciństwo wcale nie jest takie cudowne i beztroskie, a im więcej pytań bez odpowiedzi tym mętlik większy. Im więcej puchu tym boleśniejszy upadek.

Jacek Pawłowski – psycholog

 

Przydatne linki:

Jak pomóc dziecku w czasie straty lub żałoby?

Dzieci po rozwodzie

Gdy odchodzi pies

Od Piccolo do piwa… kiedy dzieci poznają alkohol?

Zaczyna się naprawdę niewinnie i zabawnie. Uroczystość rodzinna, dobre jedzenie, dom tonie w kwiatach, pokój pełen roześmianych gości, zadowoleni rodzice wznoszą toasty za zdrowie. Wokół stołu kręcą się podekscytowane dzieci. Też chcą uczestniczyć w zabawie, chcą być dorosłe. Starsi ulegają, nalewają odrobinkę szampana do malutkiego kieliszka albo dają pociągnąć łyczek ze swojej lampki. I tyle. Aż tyle.

Wczesne podawanie dzieciom alkoholu oprócz tego, że jest niewłaściwe i niezdrowe, może być jak rosyjska ruletka. Nigdy nie wiemy czy dziecko zasmakuje w alkoholu i będzie się domagało więcej czy nie. To prawda, że zazwyczaj maluch się krzywi, ale pozwolenie na picie alkoholu już ma wdrukowane w pamięć. I nie wiemy kiedy sobie o tym przypomni.

 

Młody kac 

Okazuje się, że przypomina sobie bardzo szybko! Statystyki, badania są alarmujące: coraz więcej dzieci(!) sięga po alkohol. W Polsce przeciętny wiek inicjacji to dwanaście lat. Przeciętny, bo smak piwa znają już uczniowie pierwszych klas podstawówki. Dorosłych uspokaja fakt, że to zaledwie piwo, napój niezaliczany do alkoholu. A to błąd, piwo to także alkohol. Niszczy, upija i uzależnia.

Wśród uzależnionych z roku na rok przybywa młodocianych alkoholików. Te, które chlapnęły pierwszą „piankę” przed piętnastymi urodzinami mogą popaść w nałóg cztery razy szybciej, od tych którzy zaczęli pić po dwudziestce.

W Polsce jest ogólne przyzwolenie na picie alkoholu, podchmielony człowiek nie spotyka się z naganą, odrzuceniem przez środowisko czy napiętnowaniem. Okazyjne, rzadkie picie prędzej jest zjawiskiem wyśmiewanym niż chwalonym czy przyjmowanym naturalnie.

Dorośli piją z okazji i bez okazji, z powodu i bez powodu, ze smutku i radości, żeby stłumić stres i by uczcić, że się z nim poradziło. Plus uroczystości z kalendarza. Młodzież z kolei sięga po alkohol bo piją koledzy i koleżanki, a nie chcąc odstawać od grupy nie odstawią puszki z piwem. Presja  grupy bywa silniejsza niż rozum, abstynencja rodziców czy paskudny smak pienistego.

Młodym podoba się euforyczny stan, w którym pozbywają się wstydu, nieśmiałości i kompleksów. Stają się silni, śmiali i w ogóle gotowi do zdobywania świata. Inni piją ze zwykłej ciekawości jak smakuje i o co z tym całym alkoholem chodzi. Część nastolatków pije żeby zamanifestować bunt i niezgodę, żeby być zauważonym.

 

Nalot dywanowy

Każdy alkohol, obojętnie czy z piwa, nalewki taty, wina babci, drinka brata czy szampana siostry, czyni w organizmie młodego człowieka wiele szkód. Nie tylko ciała i nie tylko w postaci kaca oraz bolącej głowy. Rujnuje też psychikę. Działa na układ nerwowy, upośledza zdolność logicznego myślenia, zapamiętywania, utrudnia uczenie się.

Nawet niewielka ilość osłabia wzrok, słuch i pogarsza precyzję ruchów. Zaburza akcję serca.

Alkohol wypłukuje z organizmu witaminę B powodując utratę apetytu i trudności wchłaniania witamin z tej grupy w przewodzie pokarmowym. (Nie działa jednak odchudzająco!). Zmniejsza odporność organizmu na działanie bakterii i wirusów. Może też trwale uszkodzić mózg. Nawet mała ilość alkoholu może spowodować nudności, wymioty i bóle brzucha.

 

Jeśli ktoś z Was zauważy u siebie lub u kolegi czy koleżanki problem z alkoholem zawsze może prosić o pomoc. Trzeba się wtedy zwrócić do terapeuty, psychologa, szkolnego pedagoga. Na przekór wstydowi i przeciwnościom.

 

Jacek Pawłowski – psycholog

 

Źródło:
„Global status report on alcohol and health 2018”, WHO, 2018
„Program Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych m. st. Warszawy w 2019 roku”

 

Przydatne linki:

STOPuzależnieniom.pl

Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych

Złe zachowanie!!! a może jednak nie…

Czy czuliście się kiedyś tak, że nie budziliście sympatii, nie mogliście znaleźć zrozumienia??? Czy zastanawialiście się dlaczego?

Przypominacie sobie sytuacje kiedy zachowywaliście się „nie dobrze”, byliście wytykani palcami, karceni pełnymi dezaprobaty spojrzeniami dorosłych, rodzice innych dzieci stawiali Was jako zły przykład.

Zdarza się, że niegrzeczne dzieci są separowane od innych  rówieśników a najlepiej, żeby nie wychodzili do ludzi w ogóle. Krzyczą, biegają, potrącają, biją – „skaranie boskie z takimi dziećmi”. W taki sposób codziennie postrzegane są dzieci (może wasi rówieśnicy) chorujące na ADHD.

Wbrew łatwym i niesprawiedliwym osądom to nie owoce tzw. bezstresowego wychowania tylko ofiary ADHD. Bo czy to się komuś podoba czy nie, większość tych „rozpuszczonych łobuzów” cierpi właśnie na syndrom zespołu nadpobudliwości z deficytem uwagi.

 

Na kłopoty klapsy

Kiedyś jak dzieciak był niegrzeczny to mu się złoiło skórę i chodził jak w zegarku – wspominają z rozrzewnieniem co starsi rodzice. Nie było żadnego ADHD a  i tak wyrośliśmy na porządnych ludzi – wtórują im bici, znerwicowani, rozkojarzeni ludzie z poprzednich pokoleń. Z dumą obnoszą swoją ignorancję do dziecięcej psychologii.

Jednak trzeba to jasno i głośno powiedzieć, ADHD jest zaburzeniem.  Dzięki szybkiej i właściwej diagnozie można je leczyć  by pomóc dzieciom i rodzicom poprawnie funkcjonować na co dzień. Często rodzice mają problem by odróżnić zwykłe niezadowolenie pokazywane przez Was przy zupie, atak złości w sklepie z misiami, rozkojarzenie i trudność w skupieniu uwagi, z objawami ADHD. Nie pomaga społeczeństwo (co za matka, nie potrafi przywołać dziecka do porządku, złe wychowanie itd.) ani rodzina (za moich czasów-cytowane od babci). Trzeba zaznaczyć, że rodzice też pozwalają sobie nie zauważać objawów przez rodzicielską miłość, częsty brak konsekwencji i odwagi w szukaniu pomocy.

 

Żywe srebro czy żywy przykład?

Podejrzenie u dziecka ADHD nie jest usprawiedliwianiem „złego” zachowania dziecka ani próbą przerzucenia jego wychowania na psychologa. To normalna, dojrzała postawa rodzica, któremu zależy na pomocy w funkcjonowaniu dziecka w grupie rówieśniczej i dobrym, spełnionym, dorosłym życiu.

Aby móc orzec czy dziecko cierpi(!) na ADHD objawy muszą wystąpić przed szóstym rokiem życia. Muszą być podobne w środowiskach, w jakich  się znajduje, czyli w szkole, przedszkolu, domu. Objawy obejmują trzy grupy zachowań: nadmierna impulsywność, nadmierna ruchliwość i niemożność skupienia uwagi. Rodzice i nauczyciele zauważają, że dzieci te zaczynają robić kilka rzeczy na raz i żadnej nie kończą. Kiedy mają coś zrobić, to zwykle robią to szybko i niedokładnie szybko się nudzą. Wszędzie ich pełno, są na ciągłym turbodoładowaniu, odpowiadają w połowie zadawanego pytania, nie słuchają co się do nich mówi. Nieustannie wtrącają się do rozmowy, przerywają wypowiedzi innych. Ciągle zapominają o swoich obowiązkach, nawet tych codziennych.

 

Błędy nie w wychowaniu

Za  ADHD odpowiada nieprawidłowe działanie ośrodkowego układu nerwowego. Zbadano, że poszczególne struktury mózgu rozwijają się w nierównomiernym tempie. Najnowsze badania, o których możemy przeczytać w pismach psychologicznych lub na branżowych stronach w internecie, wykazują, że zmiany te mogą być dziedziczne. Przy ADHD bardzo ważna jest również dieta. Niejednokrotnie rodzice nie zwracają uwagi na to co jedzą dzieci, generalnie dzieci jedzą to co lubią, tym czym się najedzą. Niestety żywność wysokoprzetworzona (fastfoody, gotowe danie mrożone), duże ilości słodyczy zawierają cukier, który jeszcze bardziej pobudza. Na końcu tekstu załączyłem kilka przydatnych linków.

Bez względu na przyczyny ADHD trzeba i można leczyć. Liczenie na to, że się z tego wyrośnie, jak z niektórych alergii nie ma sensu.  Bo z tego się nie wyrasta, owszem niektóre objawy mogą zaniknąć lub złagodnieć ale nie miną. Tym bardziej więc trzeba zacząć wczesną terapię czyli pomoc. A ta obejmuje nie tylko dziecko, ale edukację postępowania rodziców, rodziny, opiekunów i nauczycieli. Zapoznanie się z „instrukcją obsługi” jest niezbędne w efektywnej terapii dzieci z ADHD. Odradzam samoradzenie sobie. Psycholog wykluczy albo potwierdzi nasze przypuszczenia i dobierze odpowiednią terapię. Na przekór przeciwnościom i złym spojrzeniom.

 

Przydatne linki:

Zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD)

ADHA a dieta. Kluczowe składniki diety przy ADHD.

Jak pomóc dziecku z nadpobudliwością?

 

Jacek Pawłowski – psycholog